- Czego chcesz?- wydusila, oddychajac szybko. Jej cialo zakrywala jedynie biala, koronkowa sukienka w pol uda, jaka nosily anioly u bram niebios. Usmiechnal sie przebiegle i zmierzwil jej dlugie, blond wlosy zakonczone dwoma czarnymi pasemkami.
- Wiedzialem od zawsze, ze Lucyfer ma przebiegle pomysly i ze jest nie watpliwie jeszcze bardziej utalentowanym demonem od kazdego innego, ale zeby wyslac szpiega do nieba w postaci pieknej demonicy.- zaklaskal w dlonie, uwazajac by nie wejsc do pentagramu ale rowniez aby go nie zniszczyc. Jeszcze nie wiedzial dokladnie z czym ma do czynienia, wiec nie chcial zniszczyc swojego jedynego bezpiecznego miejsca, jakim byla podloga obok piekielnej gwiazdy.
- Nie jestem demonem, nie jestem aniolem. Jestem polkrwi.- powiedziala, dumnie unoszac podbrodek. Wiedziala bowiem, ze jest jedynym stworzeniem polkrwi i niewatpliwie najcenniejszym z darow. Bez jej pomocy nikt nie moze dostac sie do nieba lub do piekla bez zaproszenia, za zycia. Jest poteznym darem, ma wielka moc, mimo ze nie wie jeszcze do czego bedzie musiala przydac sie mezczyznie ktory ja jakims cudem przywolal.
- Jestes czwartym z Darow Aniola?- spojrzal na nia. Nie tak wyobrazal sobie swoja prawa reke do rzadzenia swiatem podziemnych. Byla niska i szczupla. Wlosy krecily jej sie w mocno skrecone loczki i siegaly pasa. Mialy jasny blond kolor z dwoma czarnymi i dwoma bialymi pasemkami. Oczy miala duze, okalane dlugimi rzesami siegajacymi brwi. Byla blada i miala mocno malinowe usta. Paznokcie pomalowane miala na czarno, podobnie jak oczy w tym momencie. Nie wygladala jak aniol, ani jak demon. Rzeczywiscie byla polkrwi.
- Jestem. Kim jestes, aby mnie wyciagac z nieba?
- Nazywam sie Valentine Morgenstern i od dzisiaj jestem twoim panem, na najswietsze anioly i demony, spelnisz moje wszystkie rozkazy.- powiedzial, jak pisalo w zlotej ksiedze. Musial bowiem wykonac ten rytual, by przywolany przez niego Dar nie sprzeciwil sie i nie dzialal przeciwko niemu, aby rowniez nie mogl wrocic ani do piekla, ani do nieba. Dziewczyna pokrecila glowa i wstala, podpierajac sie o jednego z nozy.
- To tak nie dziala, wielki Valentine Morgensternie. Znam cie i wiem co uczyniles, a ja moge sluzyc najczystszemu sercu. Twoje do takich nie nalezy.
Twarz zaplonela mu wsciekla czerwienia, gdy dziewczyna wyszla poza pentagram i ruszyla ku oknu. Chciala wracac do nieba, a mogla uczynic to jedynie w pelnie. Dzisiaj jest pelnia. Wtedy granica miedzy swiatami jest najciensza i najprosciej ja przerwac. Demon strzegacy wyjscia zablokowal jej droge, a ona mruknela sfrustrowana i pstryknela w palce. Demon zawyl zalosnie i znknal, tak jak dwa inne wieksze i silniejsze. Czarnowlosy przygladal sie temu w skupieniu, zastanawiajac co ma teraz poczynic. Bez czwartego Daru nie bedzie mogl dopelnic zemsty.
- Mysle, ze sie dogadamy. Usiadz, prosze. O tej porze piekne panny nie powinny wychodzic na ulice zupelnie same.
- Umiem o siebie zadbac, a ty powinienes doskonale o tym wiedziec. Jakim cudem jeszcze stapasz po ziemi? Jonathan Wayland zabil cie na oczach calego Clave. Powinienes juz dawno stawac przed obliczem Lucyfera.
- Iluzji, nie da sie zabic.- usmiechnal sie przebiegle, nalewajac sobie i Darowi kieliszek wina. Jednym gestem wszystko zalalo bialy dywan, a blondynka patrzyla na niego rozbawionym wzrokiem. Nie znala widocznie powagi sytuacji i tego co moze sie stac, jesli nie pomoze mu spelnic najwiekszego marzenia Lucyfera. Przejecia wladzy nad swiatem podziemnym i nadziemnym, chociaz malo kto wie ze jest to mozliwe. I lepiej, wiecej korzysci dla wielkiego Valentine.
- Sprytne. Bardzo sprytne.- usiadla na parapecie, przy szeroko otwartym oknie. W kazdej chwili mogla wypasc i sie zabic, ale Valentine nie martwil sie o nia, ale o cos co posiadala. O najczystsze, a zarazem najbardziej skalane serce w erze. O serce aniola i demona.
- Ilez masz lat, Darze Aniola?
- O to samo moglabym zapytac ciebie, gdyby mnie to interesowalo chociaz troche, jednak w okolicznosciach, gdy badz co badz uprowadziles corke Boga i Lucyfera, nie moge przyznac, ze interesuje mnie choc troche twoja osoba, chociaz imponujesz mi przebiegloscia i sprytem. Nie oznacza to jednak, ze pochwalam twoja zdrade wzgledem Clave. Powinienes byc im wierny, jak zostalo zapisane miliony lat temu. Jestes sprzecznoscia, Valentine Morgenstern.
- A ty zagadka, Darze Aniola.
- Ciagle powtarzasz moj tytul, ale ani raz nie wymowiles mojego imienia. Czyzbys bal sie, ze jego wielkosc zaburzy twoj codzienny porzadek? Ja nie mowie do ciebie wielki wygnany i zdrajca, ale zastanawiam sie, czy nie warto zaczac nazywac rzeczy po imieniu.
Bez watpienia na razie poznawal jej demoniczna strone. Nigdy nie widzial tak pyskatego i zadziornego aniola, a tym co robil. Jej uroda byla sprzeczna z niewyparzonym jezykiem, co moglo by ujmowac miliony mezczyzn, ale nie jego. Nie wielkiego Morgensterna. Mial zadanie do wykonania, ktore nie moglo czekac. Zajelo mu to juz zbyt wiele czasu, nie moze zwlekac ani tygodnia dluzej. Musi jakims cudem udobruchac Dar Aniola.
- Nie odpowiedzialas na moje pytanie, to nie jest zbyt grzeczne.- nalal sobie kolejny kieliszek wina, ktory tym razem nie wyladowal na jego snieznobialym karpecie. Gdy podniosl godo ust, jego reka zwiotczala, a kielich upadl na jego czarny garnitur. Spojrzal na nia rozgniewanymi oczami, spodziewajac sie smiechu lub czyms podobnego, ale ona miala smiertelnie powazna mine.
- Ty na moje rowniez.
- Byc moze dlatego, ze go nie zadales, Darze Aniola.
Przez jej twarz przebiegla irytacja. Nie lubila, gdy ktos bezustannie zaznaczal jej tytul i wyjatkowosc. Nawet na ziemi nie moze miec chwili spokoju od mowienia o jej wielkosci i wielkiej sile. W piekle wszyscy byli sobie rowni, ale to Lucyfer wyrastal przed nich. Wraz z nia, z wielkim Darem Aniola. Nie wyobrazala sobie wziecia udzialu w rytuale czlowieka, ktory zrobil zamieszanie w niebie jak i w piekle lecz z zupelnie innych powodow. Bog byl oslabiony i smutny jego zachowaniem, wrecz przerazala go mysl o jego wladzy. A Lucyfer byl dumny, ze ktos zaczal wykonywac jego plan. Jednak ona stala pomiedzy nimi i patrzyla na wszystko obojetnie wiedzac, ze i tak jest bezpieczna bo nic i nikt nie moze zrobic jej krzywdy.
- Jestem tutaj bo mnie wezwales, wiec musiales miec powod. Otoz slucham, powiedz co wymysliles i w czym mam ci pomoc, a ja zdecyduje jak mam cie wysmiac. Dawno sie nie smialam i z nikim nie dyskutowalam na temat jego glupoty, wiec robisz mi przysluge, Valentine Morgenstern.
- Sadze, ze moglabys czerpac korzysci z mojego planu, w ktorym powinnas mi pomoc. Inaczej bede musial narazic krolestwo niebieskie na strate Daru Aniola na wiecznosc, a wtedy ani ty, ani nikt inny nie bedzie mogl mnie powstrzymac.
Zasmiala sie miekko i polozyla dlonie pod udami. Powoli z jej lopatek wysunely sie snieznobiale skrzydla, a oczy zmienily kolor na teczowy. Wygladala jak prawdziwy aniol, gdyby nie pomalowane na czarno paznokcie i slowa, ktore wyplynely z jej malinowych ust.
- Nie tkniesz mnie malym palcem, a w tym momencie straciles szanse, bym cie wysluchala. Zyj spokojnie, Valentone Morgenstern, chociaz czuje ze niedlugo sie zobaczymy przed sadem niebieskim, bo Lucyfer bedzie zly z niepowodzenia twojej misji i straci cie z miejsca do ktorego tak bardzo chciales dolaczyc. Do nie zobaczenia, wielki wygnany i zdrajco.
Po tych slowach stanela na szczuplych nogach i wyskoczyla z okna, po chwili wzbijajac sie w powietrze. Valentine wrzasnal i pognal do miejsca w ktorym przed chwila stala. Zostalo jedno, teczowe pioro z jej skrzydel, przypominajace oczy. Zmial je w rece i spojrzal, jak leci w strone ksiezyca pod postacia bialego kruka. Ona byla sprzecznoscia wszystkich praw. Rzucil slowa modlitwy i stanal w wielkim oknie, wymierzajac do niej z pistoletu. Nie mogl jej zabic, ale mogl ja oslabic. Nacisnal spust, chybil. Ponownie rowniez nie trafil. Krzyknal ze wsieklosci, wyrzucajac piesci w gore. Kruk kolowal w kolo ksiezyca, ale nie mogl do niego wejsc. Cos sie stalo. Ksiezyc nagle zniknal, a swit zaczal nadchodzic szybciej niz zwykle. Nie mogl jej zabic, nie mogl jej oslabic ale mogl opoznic jej powrot do nieba. Spojrzala na niego zlotym, ptasim okiem.
- Do zobaczenia, Lucio, Darze Aniola.- powiedzial gniewnie i zeskoczyl z okna, zamykajac je szczelnie za soba. Skoro polaczyl sie z pieklem, musial nawolac nowe demony. Musi zaczac zbierac armie.
~*~
Bylo poludnie, pora treningu Jace i Clary. Smiali sie i tarzali po trawie w odludnej czesci lasu. Alec z Isabelle starali sie strzelac z luku do uciekajacego Simona, bo nawet jesli by go trafil to nie zrobilby mu krzywdy. Nawet nie poczulby bolu, tylko cos w rodzaju uklucia komara. W kolo nich byl las, a na srodku polany jezioro. Piekne, czyste, bylo widac dno i kolorowe ryby, plywajace w kolko.
- Tu jest tak pieknie, dlaczego wczesniej tutaj nie trenowalismy?- spytala brunetka, gdy lezala obok swojego chlopaka, sciskajac jego dlon. Usmiechnal sie lekko, odwracajac glowe w jej strone.
- To miejsce jest bardzo narazone na demony, a ty jeszcze nie wiedzialas jak sie bronic. Nie chcialem ryzkowac ich ataku, ale teraz jestes bezpieczna i mozesz tu przychodzic z Simonem czy z Lukiem.
- A jesli bede chciala z toba?- rowniez odwrocila glowe w jego strone. Dzielily ich milimetry, a Isabelle udawala ze wymiotuje w krzaki. Nie miala nic do wyrazania publicznie swoich uczuc, chyba ze jednym z wyrazajacych byl jej brat. Wyjatkowo obrzydliwy widok, jak na mlodsza siostre. Spojrzala na Aleca, ale on jedynie wzruszyl ramionami i gniewnie ciskal strzalami w niebo, jakby bylo mu czegos winne. Izzy wiedziala o co chodzi i nie chciala jeszcze bardziej dolowac brata swoja wiedza, wiec robila to samo co on. Ciskala strzalami w niebo.
- Sadze, ze to da sie zrobic.- nachylil sie i pocalowal ja krotko, ku jej niezadowoleniu. Wtopila palce w jego wlosy, ale on wstal i podniosl ja za soba, powtarzajac bezglosne slowo trening. Przewrocila oczami i podniosla luk z ziemi. Chyba nalezal do Isabelle, bo na luku widoczne byly slady czerwonej szminki, jakby Simon jej nie wystarczal i musiala wdac sie w romans z lukiem do strzelania.
-Strzelajac z luku musisz pracowac nogami i rekami, ale bardziej rekami. Trzymaj sztywna postawe, nie daj sie poruszyc bo najmniejszy dotyk moze zburzyc twoja rownowage i mozesz albo zlamac luk, albo strzelil w nie swoj cel.- tlumaczyl, stojac obok niej i trzymajac w rekach wyemigowany luk. Przygladala sie jego luznej postawie i nie mogla wyjsc z podziwu, ze majac siedemnascie lat mogl tak swietnie walczyc. Ona byla rok mlodsza i nie umiala jeszcze niczego. Zamiast skupic sie na tym jak strzelac, skupiala sie na wygladzie swojego chlopaka. Loki opadaly na jego czolo. Nie byly za dlugie, ani za krotkie- w sam raz dla niego.
- Golabeczki, chyba mamy problem.- zawolal Alec, ochraniajac wlasnym cialem niezadowolona siostre. Wysunela sie na przod mowiac, ze sama umie o siebie zadbac.
- Mamy towarzystwo.- rzucila, pokazujac reka czarnego kruka na skale. Patrzyl na nich zlotym wzrokiem, ale nie atakowal. Moze przerazila go ilosc nocnych lowcow i wampira. Clary rowniez poczula sie pewniej i wymierzyla do niego z luku. Jace zlapal ja za ramie i odciagnal, przez co strzelila w niebo.
- Na Aniola...- szepnal za jej uchem, ale ona spojrzala na niego gniewnie i ponownie wymierzyla do kruka. Cofnal sie i zmienil postac w bialo czarna mase, wygladal teraz jak znak rownowagi.
- Atakujcie go!- krzyknela brunetka, ale nikt jej nie posluchal. Nawet Simon. Przygladali sie w spokoju tej bialo czarnej masie. Po chwili dostrzegla blond wlosy i czarne, puste oczy. Demon zmienil sie w dziewczyne, czyli musial ja zabic. Wygladala na jakies pietnascie lat i nie zasluzyla na smierc. Rozgniewalo ja to i rzucila sie w jego strone, wyjmujac dlugi noz z reki Aleca. Ten rzucil sie za nia, ale Clary rowniez rzucila nozem. Demon wygladal tak, jakby chcial oslonic twarz przed ostrzem, ale tuz przed jego dlonia noz sie zatrzymal. Odrzucil go na bok i ciagle siedzial na miejscu.
- Nocni Lowcy...- powiedziala cichym glosem i spojrzala na Simona- Nocni Lowcy, pol nocny lowca i wampir.
- Twoje imie- wyrzucila brunetka, mierzac ja nienawistnym spojrzeniem. Taki demon jak on zabil Madelaine, tez wygladal przeslicznie i nieziemsko, a w rzeczywistosci rozszarpal ja na strzepy. Demon spojrzal na nia zdziwionym wzrokiem i zasmial sie cicho. Lekcewazaco. Clary wyciagnela stele.
- Podaj mi swoje imie!- ponownie krzyknela.
- Clary nie!- krzyknela Isabelle i rzucila sie na nia. Jednak nie zdarzyla, bo strzala wbila sie w ramie demona. Jeknela zalosnie i zaczela sie zmieniac. Wygladala tak samo, tylko jej stroj zmienil sie z czarnej sukienki na biala, koronkowa wpol uda. Miala rekawy 3/4 i byla u dolu lekko rozkloszowana. Miala teczowe oczy, a Clary krzyknela, gdy z jej lopatek wystrzelily biale skrzydla, ktore zaczely blednac. Zobaczyla Izzy, ktora odepchnela ja jedyniei pobiegla w strone dziewczyny, ktora przed chwila byla demonem. Alec zrobil to samo, jednak Jace ciagle stal w miejscu, jakby bal sie do niej podejsc. W jego oczach widziala fascynacje, moze nigdy wczesniej nie wiedzial aniola? Podeszla do niego i wtulila sie w jego bok, ale on sie nie ruszyl. Byl sztywny i nie odwrocil wzroku od dziewczyny. Izzy jeknela, widzac jak zachowuje sie jej brat. Dokladnie wiedziala co oznacza ten wzrok, skierowany w strone zenskiego aniola. Przywolala znak uzdrowienia i narysowala go na niemalze bialej skorze blondynki. Ta byla oparta o klatke piersiowa Aleca, ktory gladzil jej skrzydla i wlosy, mowiac cos do ucha. Oni ratowali jej zycie, a jest mieszancem!
- Jace rusz sie!- krzyknela Izzy.- Trzeba zabrac ja do instytutu bo umiera.
Po tych slowach odsunal sie od zdziwionej dziewczyny i w mig doskoczyl do aniola. Wzial ja na rece z wielka czuloscia, a jej skrzydla powoli wtoczyly sie do jej lopatek. Nie byly snieznobiale, ale szare. jakby ubrudzone w blocie i wyprane w tanim proszku. Clary poczula uklucie w piersi, widzac widok tak pieknej dziewczyny. W dodatku byla aniolem. I jej chlopak ja niosl. Spojrzala na Simona, ktory byl rownie zafascynowany jak reszta przed chwila.
- Syn Stephane, wasza rodzina ma to w sobie, ze ratuja Dary Aniola, nie wazne jaki by byl.- powiedziala cicho, otwierajac lekko oczy. Droba dlon miala polozona na jego piersi, w miejscu gdzie bije serce.
- Co to jest?- spytala Clary, ale nie dostala odpowiedzi bo nie bylo ani Aleca, ani Isabelle, ani nawet Jace. Zostawili ja sama z Simonem. A myslala, ze to wszystko sie skonczylo.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz